Friday, January 24, 2014

Dzień dobry, dzwonię z banku, czy rozmawiam z ...?

Dzwoni telefon. Jakiś dziwny numer, którego nie mam na liście. Odbieram, bo może to Radio Zet z informacją, że wreszcie wygrałam te trzysta tysięcy, które mi obiecują codziennie w sms-ach.
Pani w słuchawce: Dzień dobry, dzwonię z banku..., czy rozmawiam z Panią...?

(tu jest dobry moment, żeby powiedzieć: Nie jestem zainteresowana. Ale się nie połapałam. I owszem, zakładam, że ta Pani mówi do mnie per Pani z dużej litery.)

Ja: Tak, to ja.

Pani: Dzwonię do Pani, żeby przedstawić ofertę, którą dla Pani przygotowaliśmy. Informuję, że rozmowa jest nagrywana. Czy mogę Pani przedstawić tę ofertę?

(tu jest kolejny dobry moment, żeby zakończyć tę rozmowę, moim zdaniem najlepszy. Po prostu powiedz: nie, przykro mi, nie jestem zainteresowana. Co mnie cholera podkusiło, żeby jej pozwolić kontynuować?)

Ja: Proszę bardzo.

Pani: Bla bla bla... taka karta, że może Pani płacić i oszczędzać, bla bla bla, bo zwracamy maksymalnie 768 zł rocznie... bla bla bla ... koszt 10 zł miesięcznie, świetna oferta, ile Pani wydaje miesięcznie na jedzenie? A na paliwo? Na pewno dużo, prawda? Wszystko takie drogie, ajajaj. A na McDonalda lub inne restauracje? Pewnie z 200 zł miesięcznie, prawda? No więc przy takich wydatkach miesięcznie na rękę zwrócimy Pani całe 12 złotych! 

Rozłączyłam się. Mam z tego powodu wyrzuty, naprawdę spore, bo to jednak strasznie źle o mnie świadczy, że rzucam słuchawką, a potem wyłączam telefon, że niby mi się rozładował. Ale przegięła z tym McDonaldem.

"Sieroty zła" Nicolasa d'Estienne d'Orves.


Pierwsza książka jaką przeczytałam w tym roku to sensacja z nazizmem w tle. Świetnie się zaczyna.

Okładka. Pierwsza myśl: co ja robię? Przerażające dzieci, swastyki, "fabryka ludzi". To nie może być przyjemna lektura. Ale wrażenia już po mam całkiem pozytywne.

To historia dziennikarki Anais, która pewnego dnia dostaje propozycję nie do odrzucenia od swojego wydawcy. Ma pomóc napisać książkę tajemniczemu Vidkunowi Vennerowi, za którą otrzyma nieziemsko wysokie wynagrodzenie. Wydaje się, że nie ma się nad czym zastanawiać, ale okazuje się, że Venner trochę za bardzo interesuje się nazizmem: zbiera różne bibeloty z nim związane, flagi ze swastykami, książki itp. Zajmuje go też temat Lebensborn, czyli organizacji teoretycznie opiekuńczo-charytatywnych, a praktycznie zajmujących się tworzeniem dzieci czysto aryjskich, a także przekonanie nazistów o tym, że ich praprzodkowie pochodzą z kosmosu i są jedyną właściwą rasą na ziemi. Mimo początkowego przerażenia osobą Vidkuna, Anais ostatecznie postanawia mu pomóc i wyrusza razem z nim w podróż po Europie w poszukiwaniu informacji do książki. W trakcie okazuje się, że ktoś depcze im po piętach i morduje osoby, z którymi współpracują.

Historia jest bardzo ciekawa, trzyma w napięciu, ma mnóstwo wątków, skacze między teraźniejszością a czasami II Wojny Światowej i latami osiemdziesiątymi XX wieku. Jeżeli ktoś zna dobrze historię nazizmu to pewnie będzie się dobrze bawił czytając tę książkę. Ja znam ją tak sobie, dlatego czasami nie byłam pewna, czy mam we wszystko wierzyć, czy przymknąć na coś oko.

Jeżeli mam się czegoś czepiać, to tłumaczenia. Panu, który miał okazję je zrobić, ewidentnie coś po drodze nie wyszło, bo czasami tekst jest niezrozumiały, nielogiczny, albo po prostu śmieszny.

Bałam się, że temat fabryki ludzi i zaprojektowanych dzieci będzie mnie brzydził i przerażał, ale poszło nieźle. Czasem miałam ciarki na plecach i myślałam sobie: o rany, co trzeba mieć w głowie, żeby coś takiego wymyślić? ale generalnie myślę, że można tę książkę polecić fanom Dana Browna i każdemu, kto lubi powieści detektywistyczne, sensacyjne, może trochę sci-fi. Nie ma się czego bać.

Tuesday, January 14, 2014

Pokaż... kremie, co masz w środku.

Dziś znowu kosmetycznie, może jutro się zmobilizuję, i będzie o sukienkach.

Jakiś czas temu znalazłam fajną stronę, niestety tylko po angielsku, która pozwala zrozumieć skład kosmetyków. W puste pole wkleja się listę składników (można w większości przypadków taką listę znaleźć gdzieś na internecie, ewentualnie pobawić się w przepisywanie z opakowania), wciska się ikonkę "Analysis", i poniżej pojawia się właśnie analiza tego, co jest w środku.

Strona opisuje funkcje danego składnika, określa, czy będzie drażnił naszą skórę, oraz czy jest ogólnie dla skóry bezpieczny. Przy tym ostatnim kryterium należy się kierować zasadą, że im więcej zielonego koloru na mini-wykresie, tym lepiej.

Adres: http://cosdna.com/eng/ingredients.php

Polecam! Ja korzystam bardzo często. Nawet jeśli nie zna się do końca angielskiego, można sobie poradzić. Składy są zazwyczaj i tak po łacinie, a w analizie i tak najważniejsze jest to, czy dany składnik jest bezpieczny, a to oznaczane jest kolorami, więc język jest zupełnie niepotrzebny :)

Monday, January 13, 2014

Kosmetyki SOS.

Nie przemyślałam dzisiejszego wpisu, dlatego z pewnością będzie niekompletny, ale chciałam napisać o kosmetykach, które ratują mi życie. Przydać się mogą pewnie każdemu, ale młodym matkom pewnie najbardziej :)

1. Lakiery szybkoschnące do paznokci. Chwała niebiosom za ten wynalazek! W ciąży nie malowałam paznokci, bo wszyscy wokół mnie straszyli, że nie powinno się wdychać w tym czasie tak mocnych, chemicznych zapachów. A że w ciąży byłam głównie zimą, to nie mogłam malować paznokci na świeżym powietrzu. Teraz z kolei, kiedy zapachy nie są zbyt wielkim problemem, brakuje mi na takie zbytki czasu. Trudno jest wygospodarować pół godziny pomiędzy karmieniem, przewijaniem, usypianiem, sprzątaniem, gotowaniem i milionem innych spraw na to, żeby położyć odżywkę, pierwszą warstwę, drugą warstwę i jeszcze lakier utwardzający/nabłyszczający. Za to dwie warstwy lakierem szybkoschnącym to u mnie mniej więcej jakieś 5-7 minut. I naprawdę schną w mgnieniu oka.
Ja używam lakierów z Rimmela i Revlonu, sprawdzają się super.

2. Kamuflaż z Catrice (lub każdy mocno kryjący korektor) - odkryłam go w tym roku razem z siostrą podczas jednej z wizyt w Hebe i już nigdy nie zamienię na żaden inny korektor. Mimo tego, że mój syn raczej daje mi się wyspać, i tak mam cienie pod oczami, które kamuflaż zakrywa właściwie w stu procentach. Gdybym mogła, kładłabym go na całą twarz, a już na pewno na policzki (cały czas szukam czegoś, co przykryłoby mi lub całkowicie zlikwidowało zaczerwienienia na twarzy).

3. Suche szampony do włosów. Uratowały mnie nie raz (nie jestem może strasznym flejtuchem, ale leniem już na pewno, ale swoje robią też mega gęste włosy, których suszenie zajmuje całe wieki). Niedawno zaczęłam używać tych z Batiste, bo cały świat wydaje się być nimi zachwycony, ale ja uważam, że ten firmy Frottee, który można znaleźć w Rossmannie, daje radę o wiele lepiej. A cena jest porównywalna.

Na sto procent nastąpi ciąg dalszy!

Złote Globy / Golden Globes

Po długiej przerwie Magdzioł powraca. Jak wiadomo tym, którzy jeszcze studiują bądź tym, którzy studiowali i mają te najlepsze lata swojego życia już za sobą, styczeń jest miesiącem sesji. A jeśli zbliża się sesja, to wiadomo, że można zapomnieć o jakiejkolwiek innej formie spędzania czasu, niż nauka. Bardzo smutno to brzmi, ale taka jest niestety rzeczywistość. Jakby nie było, sesja jest dla mnie teraz priorytetem - nowa uczelnia, nowi ludzie, trzeba się wykazać i skończyć edukację z fanfarami. Wszystko fajnie, ale jak na prawdziwego kinomana przystało, musiałam zrobić sobie przerwę na Złote Globy i powiem wam tak: jaka to była dobra decyzja! Niestety nie widziałam wszystkich nominowanych filmów (oczywiście jest to w planach na po sesji - surprise, surprise), ale mimo to jestem bardzo zadowolona z tegorocznych wyników. Niestety mam właśnie zamiar zaburzyć harmonię i zacząć nie po kolei a to dlatego, że Leonardo Dicaprio dostał drugiego Globa w karierze, znowu w kategorii: najlepszy aktor. Filmu "Wilk z Wall Street" jeszcze nie widziałam (bilety już kupione) i dlatego też, nie wkręcam się jeszcze, że może w końcu Akademia się ogarnie i wręczy mu tego jakże bardzo zasłużonego Oscara. Ocenię jak obejrzę.

1. Najlepszy film: "Zniewolony" ("12 Years a Slave"). Zero zaskoczenia, totalnie przewidywalny wybór. A dlaczego? a no bo temat niewolników najwyraźniej jeszcze nie został wyczerpany. Nie będę oceniać, bo jeszcze go nie widziałam (a słyszałam, że bardzo dobry). W tej kategorii obstawiałam film "Kapitan Phillis" , który ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazał się wielkim przegranym całej ceremonii, a szkoda.



2. Najlepszy film - musical bądź komedia: "American Hustle". Nie mogę się już doczekać kiedy w końcu zobaczę ten film. Okropnie przeze mnie wyczekiwany i mimo, że jeszcze go nie widziałam strasznie się cieszę, że wygrał w tej kategorii. Muzyka z tego filmu JUŻ pojawiła się na liście najlepszych soundtracków wg magazynu NME, co jest niesamowitym wyczynem.



3. Najlepsza gra aktorska - dramat: Matthew McConaughey ("Witaj w klubie"). No okej. Wolałabym jakby wygrał Tom Hanks. Powiem wam, że nigdy go nie doceniałam jako aktora, ale skubany ma mega talent i według mnie powinien wygrać w tej kategorii. A McConaughey po prostu nie lubię. Sorry Matthew.



4. Najlepsza gra aktorska - dramat: Cate Blanchett ("Blue Jasmine"). Jako największa fanka Woody'ego Allena na świecie ogromnie się cieszę, ale zarazem jest mi wstyd bo jeszcze nie widziałam tego filmu. No wstyd. Nic więcej nie powiem.



5. Najlepszy aktor - musical bądź komedia: Leonardo DiCaprio ("Wilk z Wall Street") - Perfect :)


6. Najlepsza aktorka - musical bądź komedia: Amy Adams ("American Hustle"). Powiem szczerze, że nie lubię Amy Adams. Po obejrzeniu "Człowieka ze Stali" straciła resztki sympatii, którymi ją darzyłam. Ale sukienkę miała ładną.



7. Aktor drugoplanowy: Jared Leto("Witaj w Klubie"). Człowiek orkiestra. A 30 Seconds to Mars będą niedługo w Polsce.



8. Aktorka drugoplanowa: Jennifer Lawrence ("American Hustle"). Jennifer to fajny człowiek, chciałabym z nią pójść na piwo szczerze mówiąc. Gratulacje jak najbardziej się należą, i za bycie sobą i za talent.




9. Najlepszy reżyser - Alfonso Cuaron ("Grawitacja"). NO RACZEJ! To ten gość od "Labiryntu Fauna", "Biutiful" czy "Sierocińca". Należało mu się jak nikomu. Btw. Cuaron wyreżyserował też film "Harry Potter i Więzień Azkabanu". Filmy o Harrym oczywiście nie umywają się do książek, ale według mnie właśnie ta część jest jedną z lepszych jeśli chodzi o film.



10. Najlepszy scenariusz - Ona ("Her") - na liście do obejrzenia



11. Piosenka: Brian Burton - Ordinary Love, z filmu "Mandela: Long Walk to Freedom"



12. Najlesza bajka: "Kraina Lodu" - na liście do obejrzenia, ale jestem pewna, że statuetka zasłużona (po pierwsze - Disney, a po drugie - Disney)



13. Najlepszy film zagraniczny: "Wielkie Piękno" ("La grande bellezza"). Żałuję trochę, że nie "Życie Adeli", ale to jest jednak bardzo kontrowersyjny film, a Włosi jednak znają się na kinematografii, więc pewnie statuetka zasłużona.




14. Najlepszy serial - dramat: "Breaking Bad". Kolejna jak najbardziej zasłużona statuetka - kto nie widział ten trąba ;) Polecam! Jest to jeden z lepszych seriali, jakie kiedykolwiek obejrzałam.



Jeśli chodzi o seriale to nie będę się zagłębiać w te kategorie bo szczerze mówiąc oglądam zdecydowanie więcej filmów, niż seriali.

Ogólnie moje wrażenia są bardzo pozytywne. Uwielbiam początek roku, kiedy to odbywają się wszystkie te wielkie i wspaniałe gale filmowe. Jedyne czego żałuję, to to, że nie mogę ich obejrzeć o normalnych godzinach. Ale cóż, nie można przecież mieć wszystkiego.



Sunday, January 12, 2014

Co na kolację?

Mam ostatnio swój ulubiony wieczorny rytuał. Po uśpieniu syna, wracam do kuchni i robię sobie kolację. Kiedy z nim leżę, zawsze marzę sobie, że zaraz zjem dziesięć kanapek z salami, albo pizzę, albo lody. A potem robię sobie sama pranie mózgu i stawiam na zdrową (ale pyszną) opcję.

Co potrzebujemy?

Przede wszystkim jogurt naturalny. Dodatki zależą od osobistych upodobań. Ja stawiam na poniższą listę głównie dlatego, że dzięki tym produktom nareszcie jestem w stanie myśleć o jogurcie naturalnym pozytywnie.

Do jogurtu dodaję zawsze:
- orzechy nerkowca
- banana (raczej nie całego, zależy na ile mam ochotę)
- rodzynki

Czasami:
- inne suszone owoce (np. mango, które niedawno znalazłam w Lidlu - świetne!)
- inne świeże (lub mniej) owoce (np. ostatnio ananas z puszki, ale pewnie brzoskwinie też dałyby radę)
- słonecznik lub inne ziarna i pestki
- miód (na początku był nieodzowny)
- musli lub jakieś płatki, które akurat mam pod ręką

Z tego wszystkiego wychodzi tzw. mamałyga, czyli pełno cudów oblepionych jogurtem. Podejrzewam, że czego byśmy nie dodali, to i tak będzie dobre. Mnie zależy na tym, żeby było w miarę lekko i zdrowo, dlatego nie dodaję żadnej czekolady ani sosów toffi, ale jeśli ktoś ma mega figurę, to pewnie może sobie pozwolić na więcej.  

Codziennie staram się dodawać czegoś innego do zestawu podstawowego po to, żeby mi się szybko nie znudziło. Jak mam gorszy dzień i chcę sobie poprawić nastrój, dodaję więcej słodkich elementów, ale to chyba oczywiste.

Teraz jak o tym myślę, to pewnie całkiem nieźle byłoby do jogurtu dodać jakiś dźem! Jutro spróbuję.

Wiem, powinny być zdjęcia. Ale naprawdę myślę, że nie ma sensu wklejać zdjęcia miseczki z białą zawartością :) To naprawdę lepiej smakuje niż wygląda.

Saturday, January 11, 2014

Glossyboxy.

Jakiś czas temu zamieściłam tu wpis o październikowym Glossyboxie z kosmetykami, które polecała Kasia Tusk. Od tamtej pory dostałam jeszcze dwa pudełka, listopadowe było świetne, grudniowe słabiutkie (a liczyłam na to, że na Święta wrzucą coś mega super).

Dziś chciałam zrobić małe podsumowanie tego, co wypróbowałam z tych pudełek.

PAŹDZIERNIK



1. Płyn micelarny do demakijażu Bioderma Sensibio H2O - wszyscy szaleją na jego punkcie już od jakiegoś czasu, a ja nigdy go nie kupiłam, bo cena jest śmieszna. Dlatego ucieszyłam się, że dostałam tę próbkę. Ale zupełnie niczego szczególnego w Biodermie nie dostrzegłam, głównie dlatego, że nie mam cery wrażliwej ani suchej, a podobno właśnie na takiej sprawdza się ona świetnie.



2. Organiczny peeling do twarzy Love Me Green - użyłam go może dwa razy, ale ze względu na jego bardzo słabe drobinki uznałam, że nie jest dla mnie. Wróciłam do mojego ulubionego z Lirene i okazuje się, że chyba podrażnia mi twarz. Dlatego przewiduję powrót do ulubionego peelingu Kasi Tusk jak tylko skończy mi się Lirene.



3. Cukrowy scrub do ciała Pat&Rub - już pisałam, że ze scrubami mi nie po drodze i ten nic w tym temacie nie zmienił. Zużyłam go w całości bo zapach miał przegenialny! Taki cytrusowy, świeży, pyszny! Utrzymywał się bardzo długo, a do tego zostawała na skórze taka warstwa, która dawała fajne uczucie nawilżenia. Jednak nie podobało mi się jedno: podczas rozprowadzania go na skórze strasznie szarpał mnie za włosy na przedramionach :D i zostawiał na nich taką białą maź, którą musiałam szorować myjką. Strasznie mnie to drażniło, dlatego nie przewiduję więcej scrubów w moim życiu.

LISTOPAD



1. Szampon do włosów farbowanych Essensity Schwarzkopf - beznadzieja. Szarpie włosy, mam wrażenie, że je wysusza. Słabo się pieni. Bardzo mi się nie podoba. Leję go na włosy strasznie dużo tylko po to, żeby szybko się skończył.



2. Cień do powiek Emite Makeup - cudowny. Naprawdę genialny. Ma piękny odcień, trzyma się cały dzień (na bazie ArtDeco), ślicznie wygląda. Odkąd go mam, używam go codziennie, a wszystkie inne jasne cienie poszły w odstawkę. Nie rozumiem tylko, jak cień może kosztować 80 złotych, nawet tak dobry.



3. Błyszczyk do ust Balance Me - organiczny, stuprocentowo naturalny itd. Nie wiem, ja nie jestem fanką błyszczyków, więc nie do końca jestem obiektywna. Jest chyba w porządku, ma taki miętowy smak i mrowi w usta. Kolor ma dziwny w tubce, ale na ustach wygląda, jakby był bezbarwny.


GRUDZIEŃ



1. Serum rozświetlające Lierac Mesolift - fajna rzecz, taki pomarańczowy, bardzo płynny kremik. Nie ma zapachu - to chyba dobrze, ale pasowałby tu jakiś cytrusowy. Nie wiem, czy to serum cokolwiek poprawiło w mojej cerze, ale ja generalnie nie mam problemów z twarzą, więc może nie miało na co zadziałać. Trzeba mu przyznać jedno - mała próbka starczyła mi na miesiąc! Wydajność naprawdę dobra.



2. Lakier do paznokci Nails Inc. kolor Victoria - kolor fajny, bardzo ciemny bordowy, z daleka wygląda prawie jak czarny. Na paznokciach wygląda bardzo elegancko. Tzn tak myślę, że jak się go uda położyć równomiernie, to będzie wyglądał elegancko. Mi się nie udało, przy dwóch warstwach. A do tego odprysł mi po jakichś 2-3 dniach, czyli standardowo. A skoro standardowo, to myślę, że można spokojnie znaleźć podobny kolor za o wiele mniej pieniędzy.



3. Żel pod prysznic z drobinkami rozświetlającymi Yves Rocher Złota Wanilia - w butelce wyglądał cudownie! Mienił się ślicznie na złoto do tego stopnia, że odsuwałam w czasie użycie go, bo było mi szkoda tak na co dzień się świecić. Kiedy tylko go użyłam, na skórze nie zostało nic złotego :( Słabo. Ale ładnie pachniał wanilią.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Glossybox.pl

Friday, January 10, 2014

Dwa absurdy.

Dzisiaj jeden temat, ale dwa przykłady.

Przykład nr 1.

Czytam książkę pożyczoną od koleżanki. Rzecz dzieje się we Francji, a jeden z bohaterów jest Azjatą. Pewna osoba zadaje mu lekko rasistowskie pytanie odnośnie jedzenia, a odpowiedź jest co najmniej mało zrozumiała.



Chciałabym zapytać osoby, które nie znają żadnego obcego języka, czy są w stanie odgadnąć, co to są 'rolki wiosenne'.

Bo dla mnie 'rolki wiosenne' wyglądają tak:



Tymczasem chodzi o sajgonki. Tak przynajmniej myślę, bo po angielsku to 'spring rolls'. Tylko książka tłumaczona z francuskiego...


Przykład nr 2. 

Jemy dziś z Tymkiem wafle zbożowo-ryżowe. O takie:



Nie spojrzałam na skład w sklepie, ale zerknęłam na niego w domu.


Skoro składnik, którego jest w waflach jeden procent zasługuje na to, żeby wymieniać go w nazwie, to ja postuluję, żeby nie dyskryminować reszty, której pewnie jest niewiele mniej, i żeby te wafle nazywały się zbożowo-ryżowo-solno-olejowo-aromatowe.

Wednesday, January 8, 2014

No i nie wyszło. Lista BBC.

Wczoraj przegapiłam wieczór i postu nie było. Nie da się tego nadrobić z tego co wiem, czyli już stało się jasne, że nie będzie 365 wpisów w tym roku. Ale jest ten.

Dzisiaj znowu będzie o książkach i poniekąd o postanowieniach. Mam w tym roku znowu przeczytać 50 książek, ale nie chciałabym tego robić na tak zwaną "pałę", tylko podejść do tego w sposób w miarę możliwości kontrolowany. To mają być DOBRE książki, najlepiej w jak największej ilości klasyki. Dlatego poniżej wklejam listę 100 książek BBC, które koniecznie trzeba przeczytać. Pogrubione przeczytałam, reszta - do nadrobienia.

1. Duma i uprzedzenie – Jane Austen
2. Władca Pierścieni – JRR Tolkien
3. Jane Eyre – Charlotte Bronte 

4. Seria o Harrym Potterze – JK Rowling
5. Zabić drozda – Harper Lee

6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte
8. Rok 1984 – George Orwell
9. Mroczne materie (seria) – Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje – Charles Dickens
11. Małe kobietki – Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville – Thomas Hardy
13. Paragraf 22 – Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka – Daphne Du Maurier

16. Hobbit – JRR Tolkien

17. Birdsong – Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu – JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie – Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch – George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem – Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby – F Scott Fitzgerald
23. Samotnia (w innym tłumaczeniu: Pustkowie) – Charles Dickens
24. Wojna i pokój – Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę – Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead – Evelyn Waugh

27. Zbrodnia i kara – Fyodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu – John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame
31. Anna Karenina – Leo Tolstoy
32. David Copperfield – Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii (cały cykl) – CS Lewis

34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje – Jane Austen

36. Lew, Czarownica i Stara Szafa – CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli (w innym tłumaczeniu: Mandolina kapitana Corellego) – Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy – Arthur Golden

40. Kubuś Puchatek – AA Milne
41. Folwark zwierzęcy – George Orwell
42. Kod Da Vinci – Dan Brown
43. Sto lat samotności – Gabriel Garcia Marquez
44. Modlitwa za Owena – John Irving
45. Kobieta w bieli – Wilkie Collins

46. Ania z Zielonego Wzgórza – LM Montgomery
47. Z dala od zgiełku – Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej – Margaret Atwood
49. Władca much – William Golding
50. Pokuta – Ian McEwan
51. Życie Pi – Yann Martel
52. Diuna – Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm – Stella Gibbons

54. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
55. Pretendent do ręki – Vikram Seth
56. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach – Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą (również: Dziwny przypadek z psem nocną porą) – Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy – Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie (również: O myszach i ludziach) – John Steinbeck
62. Lolita – Vladimir Nabokov

63. Tajemna historia – Donna Tartt
64. Nostalgia anioła – Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo – Alexandre Dumas
66. W drodze – Jack Kerouac
67. Juda nieznany – Thomas Hardy

68. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding
69. Dzieci północy – Salman Rushdie
70. Moby Dick – Herman Melville
71. Oliver Twist – Charles Dickens
72. Dracula – Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett
74. Zapiski z małej wyspy – Bill Bryson
75. Ulisses – James Joyce
76. Szklany kosz – Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki – Arthur Ransome
78. Germinal – Emile Zola
79. Targowisko próżności – William Makepeace Thackeray
80. Opętanie – AS Byatt

81. Opowieść wigilijna – Charles Dickens
82. Atlas chmur – David Mitchell
83. Kolor purpury – Alice Walker
84. Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro

85. Pani Bovary – Gustave Flaubert
86. A Fine Balance – Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty – EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie – Mitch Albom

89. Przygody Scherlocka Holmesa – Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection – Enid Blyton
91. Jądro ciemności – Joseph Conrad
92. Mały Książę – Antoine De Saint-Exupery

93. Fabryka os – Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców (również: Sprzysiężenie osłów) – John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alice Springs – Nevil Shute

97. Trzej muszkieterowie – Alexandre Dumas
98. Hamlet – William Shakespeare

99. Charlie i fabryka czekolady – Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo


Człowiek całe życie czyta, a na liście ma zaznaczone 38 książek. Co za bieda. Koniecznie muszę nadrobić Dickensa i Austen (jak to wygląda - filologia angielska skończona, a takie nazwiska ledwo ruszone, po jednej książce).

Monday, January 6, 2014

Zagwozdka. / Top 10.

Magdzioł mnie oskarżył, że robię z bloga lajfstajl, a miało być na poziomie (dlatego sama nie pisze nic ;)). Toteż dziś podniosę poziom i napiszę o książkach. A dokładnie o dziesięciu najlepszych, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.





1. Zabić drozda - Harper Lee. Książka, która w Stanach jest lekturą szkolną, a powinna nią być też w Polsce, mimo że temat rasizmu może nie dotyka nas na co dzień. Historia ośmioletniej dziewczynki Scout, jej brata Jema i ojca Atticusa, który jest prawnikiem i z urzędu ma bronić przed sądem czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Piękna książka, cudownie napisana ze świetnym dziecięcym narratorem. Dla mnie chyba najlepsza książka zeszłego roku.










2. Shades of grey (Odcienie szarości) - Jasper Fforde. Nie ma tłumaczenia tej książki na polski, co jest strasznym niedopatrzeniem ze strony wszystkich naszych wydawnictw. Ta książka to szaleństwo! Ma niepowtarzalną fabułę - historia dzieje się w świecie przyszłości, w którym ludzie podzieleni są na klasy ze względu na to, ile kolorów potrafią rozróżnić. Najniższe klasy widzą wokół siebie tylko odcienie szarości, natomiast najwyższe klasy potrafią rozróżnić wiele odcieni czerwonego. Ale to tylko początek! Historia jest świetna, ale i poczucie humoru autora - klasa!









3. Prawiek i inne czasy - Olga Tokarczuk. Rzadko czytam polskich autorów i teraz widzę, że to błąd. Ta książka opowiada o fikcyjnej wiosce gdzieś w Polsce, która jest odbiciem całego narodu i poprzez to, co przydarza się mieszkańcom, pokazuje historię Polski w XX wieku. Brzmi tak sobie, ale jest tak cudownie napisane, że nie można się oderwać. Plus realizm magiczny i ja przepadłam.










4. Samotny mężczyzna - Christopher Isherwood. To nie jest najweselsza książka, choć w trakcie czytania nie ma się poczucia, że dzieje się coś bardzo przygnębiającego. To historia brytyjskiego profesora literatury pracującego na uniwersytecie w Kalifornii, który nawet po wielu latach nie potrafi się przyzwyczaić do otoczenia i cały czas czuje się nie na miejscu. Ponadto jego wieloletni życiowy partner zginął niedawno w wypadku i okazuje się, że nie wiadomo jak poukładać sobie na nowo rzeczywistość.










5. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach - Philip K. Dick. Nie czytam sci-fi, ale nie wiem czemu, bo to było TAKIE DOBRE! Świat przyszłości po wielkiej wojnie. Ludzi na wyniszczonej Ziemi została garstka, większość przeniosła się na inne planety, gdzie w życiu codziennym pomagają im androidy. Nie są one natomiast mile widziane na Ziemi i jeśli już się tam pojawią, trzeba je wyeliminować, czym zajmuje się główny bohater. Ale dopadają go pytania o to, czym ludzie tak naprawdę różnią się od maszyn, i czy naprawdę są od nich lepsi.








6. Rebeka - Daphne du Maurier. Długo się zabierałam za tę książkę. Zawsze z jakiegoś powodu się jej bałam. Okazało się, że co klasyk to klasyk, rzadko zdarzają się słabe (ale się zdarzają!). Tu mamy historię kobiety, która wychodzi za młodego wdowca i próbuje dorównać jego zmarłej pierwszej żonie - Rebece, którą wszyscy wspominają jako idealną i przez to wywierają na głównej bohaterce ogromną presję, ale też chęć poznania Rebeki, przekonania się, jaka tak naprawdę była, i czy na pewno to, co mówią o niej wszyscy jest całą prawdą.









7. Inferno - Dan Brown. Ja tam lubię Dana Browna, mimo że ludzie się z niego śmieją, że to nie jest porządna literatura. No może nie jest, ale jak to wciąga! Znów mamy profesora Langdona walczącego o to, żeby świat się nie zawalił. Jest świetne tempo, świetna fabuła, mega dobre zakończenie, wszystko trzyma w napięciu aż do ostatniej strony.












8. Idiota za granicą - Karl Pilkington. Bardzo dobra książka podróżnicza, bardzo zabawna i bardzo nietypowa. Dwóch znajomych zmusza swojego kolegę (który nie cierpi podróżować) do odwiedzenia siedmiu cudów świata nowożytnego. Każą mu również prowadzić pamiętnik z podróży, który składa się właśnie na tę książkę. Efekt jest tak niesamowicie śmieszny, że czyta się to od deski do deski w ekspresowym tempie.












9. O kurze, która opuściła podwórze - Hwang Sun-mi. Kupiłam w ciemno, wyglądało jak książka dla dzieci. W życiu się tyle nie napłakałam nad książką co nad "Kurą...". To niby taka historyjka o zwierzątkach, jest kurka, jest kaczka, jest jajeczko itd., ale tak naprawdę to książka o macierzyństwie, byciu w ciąży, niemożliwości posiadania dzieci, wolności. Piękna rzecz.











10. Poczucie kresu - Julian Barnes. Króciutka, 150 stron, ale napakowana świetną historią i przemyśleniami. Sześćdziesięcioletni Tony wspomina swoje czasy uniwersyteckie, swoich kolegów i pierwszą miłość, ale musi się zastanowić, czy na pewno pamięta wszystko tak, jak się naprawdę wydarzyło. Skąd się biorą wspomnienia, kto pisze historię, jak działa nasza pamięć, czy potrafimy z niej coś zupełnie wyprzeć? Naprawdę skłania do myślenia.

Sunday, January 5, 2014

Sklepy sportowe nie mają mat do ćwiczeń.

Potrzebowałam matę do ćwiczeń, ponieważ ćwiczę. Niektóre ćwiczenia robi się na kolanach, więc muszę klęczeć na panelach - to boli. Wczoraj w drodze powrotnej z czeskiej Ikei mijaliśmy Decathlona i gdyby nie to, że na tylnym siedzeniu słychać już było początek głodno-pampersowej symfonii, to wstąpiłabym tam i ostatnie pieniądze wydała na tę matę. I jeszcze na spodenki, koszulki, hantle itp. No ale nie wstąpiłam.

Dziś, w niedzielę, jak każda szanująca się Polska rodzina udaliśmy się do Galerii Auchan (haha). Po raz pierwszy w życiu weszłam do sklepu sportowego. Czemu do tej pory nie wchodziłam? Bo się bałam. To tak jak z chodzeniem na basen i na siłownię - mam wrażenie, że żeby chodzić w takie miejsca, trzeba dobrze wyglądać. W takim sklepie - podpowiadała mi moja wyobraźnia - sprzedający to modele z kalendarza fitnessu, a klienci to wyczynowi sportowcy z brzuchami tak płaskimi jak... żadna moja część ciała. 

No ale dziś w końcu się przemogłam i weszłam, bo tej maty potrzebuję. A tam na kasie - jakiś były uczeń z mojej szkoły (sportowej!!). Pytam grzecznie, czy mają maty do ćwiczeń. Nie mają. Powiedziane tonem - heloł, skąd pomysł, że mielibyśmy mieć? W SKLEPIE SPORTOWYM! NIE MAJĄ MAT DO ĆWICZEŃ! 

Wchodzę do drugiego, nawet nie podchodzę do obsługi. Szukam, szukam, szukam. Nie ma mat. W sklepie sportowym. Wchodzę do Auchan. Szukam znowu. Długo szukam. Nie ma. Hantli szukam, kilogramowych. Są. Poobgryzane. Przecież tym się ćwiczy, tego się nie je! 

Wchodzimy do Jyska. W Jysku, sklepie z meblami i pościelą, zupełnie niesportowym, mają maty do ćwiczeń. Niech ktoś mi to wytłumaczy, bo ja naprawdę nie pojmuję. I to jeszcze w trzech kolorach!

PS. Jeszcze tylko dodam, że od wtorku w Lidlu będzie asortyment sportowo-ćwiczeniowy! W Lidlu, sklepie sportowym!

Saturday, January 4, 2014

Przemyślenia z soboty.

Nie ma pomysłu na dłuższy tekst, więc dziś będzie w punktach.

1. Flot (taki węgiel) jest zbyt wydajny. Tak, zbyt. Musiałam pootwierać w domu wszystkie okna już 10 minut po tym, jak podrzuciliśmy go trochę pierwszy raz w życiu do pieca. Nie przesadzam z tymi 10 minutami.

2. Droga wjazdowa do Ostravy z kierunku Dolni Benesov jest jak jazda na rollercoasterze. Same pagórki, ostre okropnie, jak się na taki wjeżdża, to ma się wrażenie, że albo z drugiej strony coś na nas wyskoczy, albo my wystrzelimy w powietrze.

3. Ikea w Czechach jest taka sama jak w Polsce: takie same tłumy, takie same problemy z miejscem parkingowym, takie same kolejki do jedzenia. Jest jeden wyjątek: zaraz obok restauracji mają tam kawiarnię! Nie wiem na czym polega, bo nie miałam akurat ochoty na kawę, ale następnym razem trzeba będzie to obadać.

4. Mój mąż mi zupełnie nie ufa jeśli chodzi o ogarnięcie życiowe. Jechaliśmy do tej Ikei po komodę, więc na ich czeskiej stronie sprawdziłam sobie, gdzie będą leżały poszczególne jej części po to, żeby nie przechodzić całej wystawy, tylko od razu uderzyć na magazyn. Zapisałam sobie numery regałów i miejsc, ale na miejscu okazało się, że na każdym miejscu leży po kilka rzeczy, czasami bardzo do siebie podobnych (nie tylko pod względem koloru). Niestety nie zapisałam sobie konkretnych numerów każdego z elementów (nie oszukujmy się, są za długie), ale wszystko sobie obejrzałam, i skompletowałam całą komodę. Mój mąż nie dowierzał, że wszystko jest w porządku i zrobił wielką scenę - szedł z tymi elementami do informacji, sprawdzał w komputerach. W końcu pani z informacji zawyrokowała: Mate wszechno sprawne (ja wiem, to ma masę błędów, ale sprowadza się do tego, że jestem mega).

5. Tak, Tymo był w Czechach :)

Friday, January 3, 2014

O czym by tu...?

Pewnie nikt (z mojej rodziny) już nie pamięta mojej świątecznej podprysznicowej rozkminy na temat tego, kto jest nam bliższy genetycznie - rodzice czy rodzeństwo. Ja pamiętam i spać mi to nie daje po nocach (mam mgr z przesady, niedomówień i metafor). Postanowiłam się poorientować.

Wnioski są takie: nie wiadomo. Jedyna rzecz, którą wiadomo na pewno to to, że jedyny chromosom, jaki na 100% został przekazany z ojca na syna, to chromosom Y, czyli ten decydujący o płci. Reszta jest dziedziczona w sposób przypadkowy, od obojga rodziców po około 50%, ale te 50% nie jest z góry ustalone, co oznacza, że rodzeństwo może mieć od zera do stu procent wspólnych chromosomów. Jeżeli dobrze rozumuję to, czysto hipotetycznie, rodzeństwo może być bliższe od rodziców, ale może też być całkowicie "obce", bo nie ma z nami ani jednego chromosomu wspólnego.

Trzeba było uważać na biologii. Mega ciekawe sprawy.

Thursday, January 2, 2014

Strona nr 2: do roboty!

Po cichutku miałam nadzieję na jakiś kataklizm (taki o małym zasięgu), który pozwoliłby mi nie wracać do pracy. Najlepiej już nigdy. Do żadnej pracy :)

Niestety czasem niektóre marzenia się nie spełniają, a przynajmniej nie od razu. Głównie z tego powodu musiałam dziś wstać o 7.00 (po słabo przespanej nocy - tak, to stres) i pójść do szkoły. Nauczać. 

To były bardzo produktywne 4 godziny. O takie produktywne:

1. Przeszukałam wszystkie (otwarte) szafki w poszukiwaniu moich podręczników. Nie znalazłam.
2. Omówiłam wyższość drogi z Krzanowic do Raciborza przez Samborowice nad tą przez Sudół z nauczycielem, który rozmawia ze mną tylko o trasie z domu do pracy.
3. Wysłuchałam licealnych postanowień noworocznych. Głównie: nie będę pił(a), nie będę palił(a), nie będę jadł(a) McDonalda.
4. Zarekwirowałam trzy szpilki trzem trzecioklasistom.
5. Przejrzałam gazetkę reklamową CH Silesia.

Chyba nie muszę pisać, że nikogo niczego dziś nie nauczyłam.

Wednesday, January 1, 2014

Nowy Rok, kurczę blade!

Po co komu postanowienia? I tak po miesiącu nikt nie pamięta, co sobie na posylwestrowym kacu wymyślił. Żeby schudnąć, oszczędzać, rzucić palenie. Dwa dni, może tydzień idzie dobrze, a potem zaczyna brakować silnej woli. Można by sobie postanowić, że niczego nie będziemy postanawiać, ale ja od kilku lat widzę, że daję radę wytrwać w postanowieniu czytania większej ilości książek, a skoro się da, to pewnie da się też inne rzeczy :) Dlatego też moja lista postanowień na ten rok jest, żeby nazwać rzeczy po imieniu, ambitna.

Uroczyście postanawiam:

1. Przeczytać 50 książek. W 2012 roku przeczytałam 51, w 2013 nazbierało się 60! Myślę więc, że nie będzie problemu z tą pięćdziesiątką w 2014, pomimo tego że wracam do pracy. Mam taki plan, żeby wrócić do pewnych książek, które od wielu lat uważam za moje ulubione, ale gdyby ktoś mnie zapytał, o czym są i co mi się w nich tak bardzo podoba, to nie byłabym w stanie zbudować jednego mądrego zdania. Takie odwiedziny u starych znajomych :) Poza tym będę omijać literaturę młodzieżową, chyba z tego wyrosłam.

2. Obejrzeć 50 filmów. No naprawdę. To aż wstyd, żeby nie być w stanie obejrzeć jednego filmu w tygodniu, a w 2013 roku NAPRAWDĘ nie widziałam chyba nawet dziesięciu filmów w całości. Żenada. I tu znowu: chciałabym odświeżyć to, co już kiedyś widziałam, nadrobić zaległości z ostatnich kilku lat, zorientować się w temacie Oscarów i być na bieżąco z nowościami (OK, 50 to będzie za mało na to wszystko).

3. Kończę z przeklinaniem. Bo kobiety z klasą nie przeklinają. I tyle.

4. Chodakowska! Nie odpuszczamy! 

5. Pilnować tego, co jem. 

6. Nie stresować się błahymi rzeczami, takimi jak praca (błahostka!), babcie w kolejkach, zapisy do lekarza na 2016 rok, wieczny kurz w domu, wyjący pies u sąsiada. Będę zen, jak ten kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora, czy jak to było. Zen.

7. Dbać o siebie i moich chłopaków, choćby nie wiem jak mi się nie chciało.

8. Spędzać jak najwięcej czasu z rodziną - bliższą, dalszą, każdą :)

9. Napisać coś na blogu codziennie. 

Te wszystkie postanowienia chyba sprowadzają się do jednego, ważniejszego tematu. To ma być dobry rok. Za 365 dni chcę móc poklepać się po ramieniu i powiedzieć: dobra robota! A z tyłu głowy będę miała dwa zdania: "Szanuj się" i "Wygląd jest najważniejszy" :D

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

***

Who needs resolutions? A month goes by and nobody remembers what they, hungover after the New Year's Eve, promised themselves to improve. To lose weight, save money, quit smoking. For two days, maybe a week, you're doing great, and then your strong will fizzles out. You could of course resolve not to resolve anything at all but I've noticed in the past few years that I manage to keep to my resolution of reading quite a lot of books in a year, and if that's possible, then anything's possible :) That's why my list for 2014 is, to say the least, ambitious.

I hereby resolve to:

1. Read 50 books. In 2012 I read 51, in 2013 there were 60! So I think I won't have any problems with reaching 50 even though I went back to work. This year I want to focus on rereading my old favourites to see if I remember anything about them at all :) And I'll try to read as little YA as possible. I feel I'm too old for that.

2. Watch 50 films. Honestly. It's disgraceful not to be able to watch one film a week and in 2013 I REALLY didn't see even ten films in their entirety. Again: I want to see some old favourites again, catch up with what I've missed in the last couple of years, have a look around what's going to be nominated for Oscars and try to be up to date with what's new (right, 50 might not be enough).

3. No more cursing. Because sophisticated women don't curse. Full stop.

4. My favourite exercises - every day! 

5. Keep an eye on the food that I put into myself.

6. Not stress out over little things such as work, old ladies in queues, not being able to make an appointment with a doctor before 2016, the eternal indestructible dust in my house, the howling dog next door. I'm going to be zen, like that lotus flower on a lake, or somehing. Whatever. Zen.

7. Take the best care I can of my boys, even if I really feel like not doing anything.

8. Spend as much time as possible with all of my family.

9. Write something on this blog everyday!

This has to be a good year. So good that in 365 days I want to be able to pat myself on the shoulder and tell myself that I did a good job. 

Happy New Year!