Magdzioł mnie oskarżył, że robię z bloga lajfstajl, a miało być na poziomie (dlatego sama nie pisze nic ;)). Toteż dziś podniosę poziom i napiszę o książkach. A dokładnie o dziesięciu najlepszych, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.
1. Zabić drozda - Harper Lee. Książka, która w Stanach jest lekturą szkolną, a powinna nią być też w Polsce, mimo że temat rasizmu może nie dotyka nas na co dzień. Historia ośmioletniej dziewczynki Scout, jej brata Jema i ojca Atticusa, który jest prawnikiem i z urzędu ma bronić przed sądem czarnoskórego chłopaka oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Piękna książka, cudownie napisana ze świetnym dziecięcym narratorem. Dla mnie chyba najlepsza książka zeszłego roku.
2. Shades of grey (Odcienie szarości) - Jasper Fforde. Nie ma tłumaczenia tej książki na polski, co jest strasznym niedopatrzeniem ze strony wszystkich naszych wydawnictw. Ta książka to szaleństwo! Ma niepowtarzalną fabułę - historia dzieje się w świecie przyszłości, w którym ludzie podzieleni są na klasy ze względu na to, ile kolorów potrafią rozróżnić. Najniższe klasy widzą wokół siebie tylko odcienie szarości, natomiast najwyższe klasy potrafią rozróżnić wiele odcieni czerwonego. Ale to tylko początek! Historia jest świetna, ale i poczucie humoru autora - klasa!
3. Prawiek i inne czasy - Olga Tokarczuk. Rzadko czytam polskich autorów i teraz widzę, że to błąd. Ta książka opowiada o fikcyjnej wiosce gdzieś w Polsce, która jest odbiciem całego narodu i poprzez to, co przydarza się mieszkańcom, pokazuje historię Polski w XX wieku. Brzmi tak sobie, ale jest tak cudownie napisane, że nie można się oderwać. Plus realizm magiczny i ja przepadłam.
4. Samotny mężczyzna - Christopher Isherwood. To nie jest najweselsza książka, choć w trakcie czytania nie ma się poczucia, że dzieje się coś bardzo przygnębiającego. To historia brytyjskiego profesora literatury pracującego na uniwersytecie w Kalifornii, który nawet po wielu latach nie potrafi się przyzwyczaić do otoczenia i cały czas czuje się nie na miejscu. Ponadto jego wieloletni życiowy partner zginął niedawno w wypadku i okazuje się, że nie wiadomo jak poukładać sobie na nowo rzeczywistość.
5. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach - Philip K. Dick. Nie czytam sci-fi, ale nie wiem czemu, bo to było TAKIE DOBRE! Świat przyszłości po wielkiej wojnie. Ludzi na wyniszczonej Ziemi została garstka, większość przeniosła się na inne planety, gdzie w życiu codziennym pomagają im androidy. Nie są one natomiast mile widziane na Ziemi i jeśli już się tam pojawią, trzeba je wyeliminować, czym zajmuje się główny bohater. Ale dopadają go pytania o to, czym ludzie tak naprawdę różnią się od maszyn, i czy naprawdę są od nich lepsi.
6. Rebeka - Daphne du Maurier. Długo się zabierałam za tę książkę. Zawsze z jakiegoś powodu się jej bałam. Okazało się, że co klasyk to klasyk, rzadko zdarzają się słabe (ale się zdarzają!). Tu mamy historię kobiety, która wychodzi za młodego wdowca i próbuje dorównać jego zmarłej pierwszej żonie - Rebece, którą wszyscy wspominają jako idealną i przez to wywierają na głównej bohaterce ogromną presję, ale też chęć poznania Rebeki, przekonania się, jaka tak naprawdę była, i czy na pewno to, co mówią o niej wszyscy jest całą prawdą.
7. Inferno - Dan Brown. Ja tam lubię Dana Browna, mimo że ludzie się z niego śmieją, że to nie jest porządna literatura. No może nie jest, ale jak to wciąga! Znów mamy profesora Langdona walczącego o to, żeby świat się nie zawalił. Jest świetne tempo, świetna fabuła, mega dobre zakończenie, wszystko trzyma w napięciu aż do ostatniej strony.
8. Idiota za granicą - Karl Pilkington. Bardzo dobra książka podróżnicza, bardzo zabawna i bardzo nietypowa. Dwóch znajomych zmusza swojego kolegę (który nie cierpi podróżować) do odwiedzenia siedmiu cudów świata nowożytnego. Każą mu również prowadzić pamiętnik z podróży, który składa się właśnie na tę książkę. Efekt jest tak niesamowicie śmieszny, że czyta się to od deski do deski w ekspresowym tempie.
9. O kurze, która opuściła podwórze - Hwang Sun-mi. Kupiłam w ciemno, wyglądało jak książka dla dzieci. W życiu się tyle nie napłakałam nad książką co nad "Kurą...". To niby taka historyjka o zwierzątkach, jest kurka, jest kaczka, jest jajeczko itd., ale tak naprawdę to książka o macierzyństwie, byciu w ciąży, niemożliwości posiadania dzieci, wolności. Piękna rzecz.
10. Poczucie kresu - Julian Barnes. Króciutka, 150 stron, ale napakowana świetną historią i przemyśleniami. Sześćdziesięcioletni Tony wspomina swoje czasy uniwersyteckie, swoich kolegów i pierwszą miłość, ale musi się zastanowić, czy na pewno pamięta wszystko tak, jak się naprawdę wydarzyło. Skąd się biorą wspomnienia, kto pisze historię, jak działa nasza pamięć, czy potrafimy z niej coś zupełnie wyprzeć? Naprawdę skłania do myślenia.









No comments:
Post a Comment