Dzwoni telefon. Jakiś dziwny numer, którego nie mam na liście. Odbieram, bo może to Radio Zet z informacją, że wreszcie wygrałam te trzysta tysięcy, które mi obiecują codziennie w sms-ach.
Pani w słuchawce: Dzień dobry, dzwonię z banku..., czy rozmawiam z Panią...?
(tu jest dobry moment, żeby powiedzieć: Nie jestem zainteresowana. Ale się nie połapałam. I owszem, zakładam, że ta Pani mówi do mnie per Pani z dużej litery.)
Ja: Tak, to ja.
Pani: Dzwonię do Pani, żeby przedstawić ofertę, którą dla Pani przygotowaliśmy. Informuję, że rozmowa jest nagrywana. Czy mogę Pani przedstawić tę ofertę?
(tu jest kolejny dobry moment, żeby zakończyć tę rozmowę, moim zdaniem najlepszy. Po prostu powiedz: nie, przykro mi, nie jestem zainteresowana. Co mnie cholera podkusiło, żeby jej pozwolić kontynuować?)
Ja: Proszę bardzo.
Pani: Bla bla bla... taka karta, że może Pani płacić i oszczędzać, bla bla bla, bo zwracamy maksymalnie 768 zł rocznie... bla bla bla ... koszt 10 zł miesięcznie, świetna oferta, ile Pani wydaje miesięcznie na jedzenie? A na paliwo? Na pewno dużo, prawda? Wszystko takie drogie, ajajaj. A na McDonalda lub inne restauracje? Pewnie z 200 zł miesięcznie, prawda? No więc przy takich wydatkach miesięcznie na rękę zwrócimy Pani całe 12 złotych!
Rozłączyłam się. Mam z tego powodu wyrzuty, naprawdę spore, bo to jednak strasznie źle o mnie świadczy, że rzucam słuchawką, a potem wyłączam telefon, że niby mi się rozładował. Ale przegięła z tym McDonaldem.
This comment has been removed by the author.
ReplyDelete